scylla-gora

Tę historię można zmienić! – recenzja płyty „The Year of the Void” (Scylla)

Dzisiejszy świat pełen jest przeciwieństw. Jedni podążają za rządzą pieniądza, inni wybierają wojnę nie zawsze w imieniu dobra (choć dobro to pojęcie względne). Są też ci, którzy starają się przeciwstawić tym problemom. Tą formą buntu, poza czynami, może być również muzyka. A który inny gatunek będzie ku temu lepszy niż metal?

Stanęłam przed trudnym zadaniem napisania recenzji albumu Scylli „The Year of the Void”. Jestem osobą, która słucha dźwięków- muzyki w czystej postaci, nie rozbijając piosenki na melodię i wokal. One tworzą jedność, ale jak wiadomo- coś znaczą. Growl, jak w przypadku Scylli, jest dla mnie trudną formą opowiadania historii. Jednak przy pomocy dołączonych do płyty tekstów zanurzyłam się w odmęty melodyjnych, ciężkich dźwięków „The Year of the Void”.

Scylla to szczeciński zespół powstały w 2011 roku. Nie prezentują jednego konkretnego gatunku metalu, jednak moim zdaniem opisywana tu płyta ma pewne cechy deathcore (growl, melodyjne szybkie riffy) i metalcore (agresywność dźwięków). Płyta ta jest drugą z wydanych przez zespół. Pierwsza nosi tytuł „Pestilence, war, famine and death”. Scylla zagrała tego roku na Przystanku Woodstock.

Standardowo zacznę od opisania okładki. Kiedy weźmiemy album do ręki naszym oczom ukazuje się kula w przestrzeni kosmicznej. Po bliższym zapoznaniu się z zawartością płyty wiadomo, że jest to kula ziemska przedstawiona w ciekawym modułowym stylu. Na innych stronach okładki rozpada się na pojedyncze kawałeczki. Mimo pozornego chaosu całość jest dobrze rozplanowana i sprawia wrażenie „ciszy przed burzą”. Jak się potem okazuje- nie bezpodstawnie. W skład ładnego digipacku wchodzi płyta i teksty piosenek w formie ulotki.

scylla_1 scylla  scylla_2

Album Scylli może wywoływać mieszane uczucia. Historia nie jest pokazana w sensie dosłownym. Zawiera w sobie kunszt muzyczny, energię głosu Mariusza i prawdziwość przekazu. Ciężka muzyka idealnie pasuje do głosu oburzenia. W tekstach przewijają się motywy ucieczki, samotności, mnóstwa gniewu i obłędu. Początkowo na to nie wygląda, jednak płyta jest zwartą historią. Historią o wojnie, walce ze sobą i błędach osób, za które musi płacić cała planeta. Pełna obaw co przyniesie „The Year of the Void” zatopiłam się w perfekcyjne riffy Pawła i Waldka przeplatane wbijającym w fotel bassem Mariusza i podwójną stopą perkusji Piotra.

We wstępie pierwszej piosenki Mariusz mrocznym szeptem wprowadza nas w horror, jaki sprowadziliśmy na naszą planetę jako ludzie. Wszystko, co zbudowaliśmy musi ulec zniszczeniu i odrodzić się na nowo. Połączenie pewnej elektroniczności i głębi w głosie Mariusza sugeruje, że właśnie znaleźliśmy się na dnie piekła.

W tym momencie mamy jedno wyjście- ucieczkę. Piosenka „Time to run” i „Graveyard” opowiadają o tym okrutnym miejscu, w którym musieliśmy się znaleźć. Ludzi nazywa się śmiercią, są samolubni, przez co nigdy nie uda im się utrzymać w całości świata, ludzi, natury, kosmosu…

Ten wysiłek psychiczny wykracza poza nasze siły, prowadzi do tego, że stajemy się… no właśnie, „Shadow of man”, cieniem człowieka. Nie mamy już sił okłamywać się, że będzie dobrze, skoro wszystko chyli się ku upadkowi.

Jesteśmy sami… Odsuwamy się nawet od najbliższych. A może to oni odchodzą? Nic nie jest pewne w świecie chaosu. W pewnym momencie może się okazać, że jesteśmy oskarżani za niepowodzenia drugiej osoby.

Utwór „Void” daje nam chwilę wytchnienia instrumentalnym brzmieniem. Tytułowa pustka wcale nie jest pustką „dźwiękową”. Szybkie rytmy kojarzą się z bitwą rozgrywaną w umyśle człowieka. Wyobraźcie sobie mężczyznę siedzącego samotnie na podłodze w ciemnym pokoju. Jedyne źródło światła to mała żarówka dyndająca na wiszącym u sufitu kablu. Mężczyzna rwie włosy z głowy, uderza pięściami w ściany, w końcu lecą łzy… złości, rozpaczy, niemocy, zapomnienia…

Czas ochłonąć. Wiemy, ile jesteśmy warci, możemy się przeciwstawić indoktrynacji społeczeństwa, możemy rozerwać kajdany. Możemy walczyć! Jednak przed ostatecznym starciem należy nam się chwila rozrywki- kto wie, może nie wrócimy żywi z tej bitwy? Pijmy więc, bawmy się na umór! Nie przejmujmy się tym, co nas czeka, nawet jeśli nie będziemy pamiętać dzisiejszego dnia. Przy okazji „Let’s have a shot” przypomina mi się dobrze znany fanom serii Mass Effect dodatek Cytadela, gdzie bohaterowie również chcieli spędzić beztrosko ostatnie dni przed bitwą jakiej nasza galaktyka jeszcze nie widziała.

Niech więc zaczną się żniwa. W ostatecznym rozrachunku dowiemy się komu zostaną odpuszczone grzechy. Zapłacimy za nie, bo ci, którzy dopuścili się upadku planety są hańbą dla rasy ludzkiej. Stańmy zatem ramię w ramię, zawalczmy z tymi, których uważaliśmy za przyjaciół. Życie jest okrutne, ale my również. Właśnie tu zakończy się wszystko co trwało tyle czasu… Walczmy!

Ostatnie dwie piosenki mają w sobie tę „epickość” (zwłaszcza „What makes us human”). Ich analizę pozostawiam wam. Sami oceńcie czy to śpiewa Scylla jest faktycznym stanem świata. Po analizie płyty stwierdzam, że mimo moich początkowych obaw jest to pozycja wnosząca naprawdę wiele do świata muzycznego. Dziwić mogą wstawki elektroniczne, jednak dla znających ten zespół będzie to tylko małe wspomnienie pierwszej płyty. Opisane historie mają sens, są przestrogą dla każdego z nas. Bo każdy z nas niestety może zostać mordercą świata.

 

Scylla – „The Year of the Void” (2016)

1. Rebirth
2. Time to Run
3. Graveyard
4. Shadow of a Man
5. Farewell
6. Void
7. Shackled
8. Let’s Have a Shot
9. The Final Reckoning
10. Confronter
11. Take the Helm
12. What Makes Us Human
13. Head Like a Hole

 

Więcej informacji znajdziecie na stronie zespołu: Scylla