z-laki-na-kartke

Z łąki na kartkę

Historyczne spojrzenie na konia

 

Że konie istnieją od bardzo dawna powszechnie wiadomo. Zapewne też każdy koniarz nieraz przeglądał nie tylko zdjęcia rumaków, ale I reprodukcje obrazów czy fotografie pomników. Któż nie zna choćby niesamowitych wierzchowców pędzli braci Kossaków czy rozpędzonych czwórek Chełmońskiego.

Dlaczego tak chętnie malowano konie? Były silne, dumne, emanowały pięknem. Dlatego z chęcią przedstawiano je w portretach władców, by podkreślały ich wysoką pozycję w społeczeństwie. Im piękniejsze konie z bogatszym rzędem tworzono na obrazie, tym bardziej oczywisty był fakt, że portretowany musiał być „tym kimś”. Ponadto, zaczepiając jeszcze o temat rzeźby, w portretach konnych- kiedy rumak balansował na tylnych nogach dźwigając na grzbiecie władcę- miało się mieć przekonanie, że człowiek może jedną ręką okiełznać stającego dęba kopytnego. I mieć nad nim pełną władzę! Konie były ważne, jednak często człowiek i tak był ponad nimi.

Malarstwo konne, czy mówiąc inaczej- hippiczne- rozwinęło się najbardziej w XIX wieku, kiedy to królował realizm i sceny rodzajowe. Nie znaczy to jednak, że naszych kopytnych przyjaciół nie przedstawiano we wcześniejszych epokach. Wtedy tylko zaistniały obrazy, których tematem był głównie koń, jego portret, ukazane ulotne piękno, które zmieniało się z każdym kolejnym krokiem w galopie.

 

Słów kilka o wyborze „modela”

 

O historii przenoszenia urody konia na płótno czy marmur można pisać tomami. Ja natomiast chcę przybliżyć Wam nieco teorii odnośnie opanowania rysunku tych zwierząt. Bo jak wiecie, są tacy, którzy wertują końskie albumy, te papierowe i wirtualne i z nich „przerysowują” interesujący ich motyw, a można znaleźć takich, którym nieobce są anatomia i ruch koni i w magiczny sposób potrafią przenieść dowolnie wymyśloną pozę konia z umysłu na papier. Takich ludzi nazywam Mistrzami przez duże M, bo w dzisiejszych czasach przez postęp gospodarczy artyści nie mają już tak dużych możliwości na codzienną obserwację koni. Niegdyś prawie że wszędzie można było zobaczyć konia przy czyimś domu lub zagrodzie. A teraz? Teraz są dla nich wydzielone miejsca, kluby jeździeckie. Na wsiach również siła robocza koni jest zastępowana przez maszyny. Co zatem ma robić taki koniarz, któremu nagle zachce się poobserwować Kopytne Piękno? Ano sięga w głąb Internetu. Ja sama, muszę przyznać, głównie tak właśnie uczyłam się rysowania, bo na co dzień nie mam możliwości odwiedzać najbliższych stajni.  Ale to nie problem. Z setkami filmików na takich stronach jak przykładowo YouTube bez problemu można znaleźć coś, co nas zainspiruje. A teraz trochę o naszych „modelach”.

Zastanówmy się jakie konie chcemy rysować. „Pasące się? A może skaczące? O, te na czworoboku też są niezłe. Okej, to biorę kartkę i rysuję. Zbyt skomplikowane? Co z tego, przecież dam sobie radę”. Kto by chciał tak spontanicznie porwać kartkę, coś do rysowania i stworzyć własne dzieło? Właśnie to chcę wam ułatwić. A więc pierwsze pytanie- obraz statyczny czy dynamiczny? Wbrew pozorom stojący koń może być równie trudny do narysowania co ten w galopie. To tak jak z rysowaniem głowy łysego- nie ma włosów, więc niby banalny szkic. Nic z tych rzeczy! Trzeba się porządnie namęczyć z odpowiednim nanoszeniem cieni i partii oświetlonych.

Wybraliśmy już pozycję w jakiej znajduje się koń. Przyjmijmy, że będzie to ogier stojący dęba. I co mamy z nim dalej zrobić? Owszem, można wybrać dowolne zdjęcie i kilkoma kreskami utrwalić pozę na kartce. Tylko że my chcemy czegoś więcej. Postarajmy się, żeby zdjęcie miało to „coś”. Żeby nie było wyłącznie obrazkiem, który można powiesić nad kominkiem. Taki rzut na głęboką wodę często dobrze robi, bo ktoś może odkryć w sobie niesamowite zdolności niebanalnego przedstawiania zwierząt w, przykładowo, malarstwie. Jeżeli nie jesteśmy pewni własnych możliwości, to zacznijmy od klasycznych portretów. Dobrze jest wybrać zdjęcie o dobrej rozdzielczości (jeżeli wybieramy to z komputera), bo będą wtedy widoczne wszelkie detale. Również przez samo oglądanie takich fotografii i wcześniej wspomnianych filmów z końmi w roli głównej możemy opanować choć w podstawowym stopniu anatomię, ruch i charakterystyczne cechy.

Jeżeli koń ma jakiś „defekt”, ma, powiedzmy krzywe nogi, to starajmy się wybrać takie zdjęcie, na którym nie będzie widać tej wady. Bo idąc za stwierdzeniem „Nie ma ludzi niefotogenicznych, są tylko źli fotografowie”, można to też przenieść na rysunek- przedstawiamy (w tym przypadku) konia z jak najlepszej jego strony. A nuż ktoś zainteresuje się naszym rysunkiem i go kupi?

 

Bierzemy kartkę i… co dalej?

 

Nie bójmy się dużych formatów! One nie gryzą, naprawdę. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że o wiele lepiej jest przechodzić z dużych arkuszy na małe niż odwrotnie. Dzięki temu nauczymy się myśleć bardziej ogólnie, na detalach skupimy się dopiero na końcu lub nawet w ogóle. Bo przecież na początku potrzebne są szkice.

Szkicujemy szybko. Nie zastanawiamy się nad tym, jakiej maści jest koń, co jest w tle czy pod jego kopytami (chyba że byłoby to coś, co chcemy koniecznie zaznaczyć na rysunku). Każdy ma inną technikę szkicu. Swoją opieram na prostych figurach i liniach. Innym może spodoba się pomysł pracy bez konturów, tylko od razu plamą. A w końcu nawet i liniami możemy pięknie przedstawić konia. Brak możliwości, żeby rysować konie z obserwacji na żywo nie jest przeszkodą. Jak już wspominałam, Internet daje nam wiele możliwości. Moja propozycja to: włączamy dowolny filmik z końmi i w pięć minut staramy się zrobić co najmniej dziesięć szkiców. Zwracamy uwagę żeby poprawnie zaznaczyć kroki chodu (bo stawy jak i u człowieka- swoje ograniczenia mają), czy na konia działają prawa fizyczne (chociaż „końskie baletnice” czasami wyglądają ciekawie) oraz proporcje. Te ostatnie są właściwie najważniejsze do przyswojenia na początek. Dziwnie wyglądałby taki smukły arab z nogami jak grube konary. Może to śmiesznie brzmi, ale niestety wiele dobrych rysunków traci w sobie właśnie przez takie zaniedbanie.

Co się tyczy wyboru materiałów- tu również wybory indywidualne. Można wybrać poczciwy ołówek, ale dobre efekty daje też długopis (na początek najlepiej czarny). Odważniejsi sięgną po tusz i piórko. Potem, jak już przyzwyczaimy się do tych technik, sięgamy po, na przykład akwarele lub pastele. A na końcu… Można się domyślić. Cokolwiek weźmiemy do ręki i na czym będziemy tworzyć- WYJDZIE. A o to przecież chodzi, prawda?

 

Nie pozbywajmy się nieudanych szkiców

 

Na początku nie każdemu będzie wychodziło rysowanie. To całkowicie normalne i nie ma się czym przejmować. Wręcz przeciwnie- ćwiczyć dalej! Bo jak nie teraz, to wyjdzie za piątym, dwudziestym, setnym razem. A i tak ciągle utrwalają się nam pewne schematy, które zapamiętamy i będziemy stosować w przyszłości. Pamiętam, jak nie mogłam opanować układu pęcin w każdym chodzie. Ale zrobiłam kilkadziesiąt takich samych rysunków i wreszcie zrozumiałam, w czym rzecz. Pomijając komentarze znajomych, że nic, tylko te konie wiecznie rysuje… Człowiek w dużej mierze uczy się na błędach. Jeśli się tych błędów nie widzi, to dobrze jest podsunąć nasze szkice „nie-koniarzowi”, żeby ocenił, co może się według niego nie zgadzać. Warto zachować stare szkice, żeby po kilku latach do nich wrócić i stwierdzić: „Jak ja koszmarnie rysowałem! To mają być chrapy? Wyglądają jak kratery!”

Nie bójmy się rysować! Do dobre ćwiczenie na pogłębienie naszej miłości do koni. Bo czasami sama obecność zwierzęcia nie wystarczy, chcemy czegoś więcej. Czegoś, co sami możemy stworzyć bez niczyjej pomocy.